niedziela, 31 stycznia 2016

#YOLO

     No więc jestem. Jak zwykle bez sensownego początku, ale jestem. Czemu akurat #YOLO? Dlatego, że od pewnego czasu postrzegam wszystko inaczej. Tak właściwie od dwóch tygodni. Dopiero w szpitalu uświadomiłam sobie, co się teraz ze mną dzieje.
     To może od początku. Niedawno źle zaczęłam się czuć w szkole. Zaczęła mnie boleć głowa, były momenty, kiedy absolutnie nic nie widziałam, kiedy miałam wrażenie, że za chwilę się przewrócę, że nie dam rady, ale byłam przekonana, że to minie, czasem przecież wcześniej mi się tak robiło. Zawsze mijało, ale nie tym razem. W rozmowie z panią dyrektor mojej szkoły uparcie twierdziłam, że nic mi nie jest, że dam radę. Nawet poszłam na następną lekcję, ale tym razem to nie minęło. Doszło do tego, że pogotowie zabrało mnie do szpitala. No i zostałam w tym szpitalu na szczęście tylko na obserwację. I się zaczęło: kroplówki, badania, ale ten ból nie przechodził. W piątek wróciłam do domu, ale wyniki ostatnich badań miały być dopiero we wtorek. Kiedy wychodziłam i przez prawie cały weekend czułam się dobrze, W poniedziałek poszłam do szkoły, ale na drugiej lekcji znów się zaczęło. Wtedy jednak nie chciałam, żeby znów wezwano pogotowie, wolałam wrócić do domu. W sumie nie pamiętam co się działo w domu. Pamiętam, wtorek. Odebranie wyników i moment, kiedy lekarz powiedział, że być może te bóle miną po okresie dorastania. A  później ta druga o wiele gorsza wiadomość. Jestem chora, tego nie da się wyleczyć. "To choroba do końca życia".  Można jedynie uśmierzać ból lekarstwami, jednak nigdy nie zostanie to do końca wyleczone. Oczywiście można z tym "normalnie" żyć, ale będą momenty, kiedy nie będzie łatwo.  Wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie doceniałam tego co mam. Zawsze do tej pory zastanawiałam się co będzie w przyszłości, a nie cieszyłam się tym, co jest teraz.
     Potrzebowałam wizyty w szpitalu, żeby zrozumieć jakie w tej chwili mam cudowne życie. Mam rodzinę, chłopaka, przyjaciół, którzy są dla mnie najważniejsi.  Nie mam ogromnych problemów, a te, które miałam teraz wydają się nieważne, nikłe wręcz. Myślę, że teraz o wiele bardziej zwracam uwagę na to, co się dzieje wokół. Na pewno mam inne podejście do wielu spraw.  Zaczęłam cieszyć się życiem, bo w końcu #YOLO

#Wroblewskaa

czwartek, 31 grudnia 2015

To już jest koniec...

   Dziś Sylwester, ostatni dzień w roku.
 Myślę, że dużo osób ma swoje postanowienia na 2016 rok. Ja też mam.  Nie są jakieś super ekstra, ale są. No i właśnie to założenie, że się uda przez cały rok. Niby wszystko super, fajnie, a w kwietniu okazuje się, że zapomnieliśmy o naszych postanowieniach. Moje dotyczą głównie nauki, bo druga klasa liceum  i tak dalej.
     Mimo wszystko uważam, że warto mieć postanowienia. Takie nie koniecznie wielkie, ale nawet małe cele, które będziemy realizować. Przynajmniej dla mnie jest to takim motywatorem: "Skoro udało mi się to, czemu więc następna rzecz miałaby się nie udać?". Często wychodzę z bardziej pesymistycznego założenia. "To się nie uda.", ale mam osoby, które mówią, że dam radę, że to zrobię. I to mi pomaga. Nie wiem jak inni, ale ja bardzo potrzebuję uczucia, że ktoś we mnie wierzy. Tak mam i nic z tym nie zrobię, bo jak jest inaczej, to staram się udowodnić sobie i innym, że zrobię to bez względu na to co oni o mnie myślą.  Trochę zaniedbuję przyjaciół, ogólnie osoby, które są dla mnie ważne, a później zanim się orientuję, to je tracę.
     Wracając do tych postanowień. Fajnie jest mieć jakiś (a teraz szukam słowa, żeby nie było to "cel"). Albo inaczej. Fajnie jest mieć jakieś postanowienia. Małe czy duże, wymagające od nas więcej czy mniej, ale jednak. Uważam, że pokazuje nam to, co jest dla nas ważne.
     I tak na zakończenie.  Czy na serio potrzebny jest jakiś specjalny dzień czy okres do tego, żeby znaleźć jakiś cel na najbliższy czas? Przecież w każdej chwili można przestać mówić, a zacząć robić :)

I teraz takie moje prywatne podsumowanie 2015 roku:
- więcej czasu poświęciłam sobie, ale też i przyjaciołom
- dużo radości, miłości i ogólnie dużo dobrego
- mało złych rzeczy, chociaż nie zawsze było super
- poznałam ludzi z różnych krajów
- mnóstwo naprawdę pozytywnych zdarzeń
- sporo dowiedziałam się o sobie
- trochę inaczej patrzę na pewne sprawy
- nauczyłam się wybaczać, bo miałam z tym problem
- mam do siebie o wiele większy dystans
- przestałam być taką pesymistką
- jestem chyba też bardziej odważna

Czyli mogę napisać, że ten rok był udany. :D

Teraz takie podziękowanie dla tych, którzy czytają ten blog, bo niesamowicie miłe jest, kiedy sprawdzając wyświetlenia widzę, że nie są one tylko z Polski, ale też z takich krajów jak:
¦ Stany Zjednoczone
¦ Rosja
¦ Wielka Brytania
¦ Kenia!
¦ Niemcy
¦ Bangladesz!
¦ Ukraina
¦ Australia!
¦ Francja

Więc DZIĘKUJĘ!

Szczęśliwego Nowego Roku! :D

#Wska

środa, 2 grudnia 2015

Jaka ja jestem naiwna...

Dobra. Nie umiem pisać początków, ale to jest wiadome. Chodzi oczywiście o ostatni post. Teraz chodzi o moją głupotę  i naiwność. Jak się dziś okazało źle to wszystko oceniłam.  I przepraszam. Wszyscy wiedzą kogo -"Agatę".  Pod wpływem emocji i tego, że różne osoby mnie namawiały napisałam, bez zastanowienia, bez wyjaśniania. Żałuję. Czasu nie cofnę. Cieszę się, że prawie wszystko jest już jasne.

niedziela, 26 kwietnia 2015

A może by tak pomóc?

Więc jest już koniec kwietnia... Za kilka dni już maj, potem czerwiec i wakacje. Dwa wspaniałe miesiące, dzięki którym możemy odpocząć. Wyjechać. No właśnie, ale nie tylko my chcemy czerpać radość w wakacji...

Są też osoby, dla których zwykłe kolonie Caritas są jedyną wakacyjną atrakcją. Przez dwa lata, gdy jestem wolontariuszką poznałam wiele przypadków, gdzie dzieci cieszą się, kiedy dostaną zwykłe ciastko, wielką atrakcją jest dla nich wyjście na basen, czy do kina. Mnóstwo osób uważa, że to wina ich rodziców. Wiele z tych dzieci jest odrzucanych przez rówieśników ze względu na sytuację finansową. 

Będąc na koloniach widziałam jak na początku dzieci były zamknięte w sobie, jak dzień po dniu nabierały zaufania do nowych osób, jak otwierały się. Strasznie fajnie się na to patrzy. 

Tu zaczyna się taki mój mały apel. Jeśli możecie, chcecie, to zapiszcie się na wolontariat. Jest to tylko 10 dni, jeśli chodzi o kolonie Caritas, a radość w oczach tych wszystkich dzieci wynagrodzi z całą pewnością wszystko, co będziecie musieli znieść.  Ja dwa lata temu poznałam wspaniałe osoby, bez których nie wyobrażam sobie teraz życia. Jest to wspaniałe doświadczenie. 

Niech nas wolontariuszy będzie więcej.

/Invicta

środa, 18 lutego 2015

Znów to samo, czyli powracamy do uczuć...

     Chciałam już dawno coś napisać. Już od kilku tygodni się zbieram do tego, ale jakoś nie miałam nawet tematu, o którym chciłabym pisać. Stwierdziłam jednak, zwłaszcza po kilku dzisiejszych rozmowach, że ten temat jak najbardziej mi odpowiada.

     Raz już pisałam o moim "zakochaniu się". To nie było zakochanie, to było zauroczenie, równie szybko poszło, co przyszło. Tak. Gimnazjalne zakochania... Wracając do tematu, czasem się zastanawia nad tym, jak to jest być zakochaną. Czy jest to podobne do zauroczenia, a może jest to zupełnie coś innego?  Cóż, jak na razie nie jest mi dane się o tym dowiedzieć, ale może kiedyś...

     Poznawanie nowych osób jest świetne, nigdy nie wiadomo jak taka znajomość może się skończyć. Jedne są bardzo krótkie, inne dłuższe, a jeszcze inne okazują się rozczarowaniami. Bywa, ale skąd możemy wiedzieć jak się skończy, skoro nie spróbujemy? No właśnie.

     No więc muszę się pochwalić, że ostatnio poznałam pewną bardzą interesującą osobę, ale... na moje nieszczęście ten chłopak mi się podoba. I znów przerabiam to samo. "1. To nie ma sensu"; 2. "To może się udać"; 3. "Co ja myślałam? To nie ma szans się udać"; 4. "Mogłam coś wtedy zrobić, a teraz już za późno". Tak to w moim przypadku zwykle wygląda. Mimo, że wiele osób każe mi się cieszyć z tego, co jest teraz, to oczywiście ja muszę tworzyć problemy tam, gdzie ich nie ma i zastanawiać się: "Co temu  człowiekowi się we mnie podoba?". Tak, bo to nie jest tak, że tylko ja go lubię, on mnie też.

     Dzięki moim przyjaciółkom (są takie osoby, które moge tak nazwać z czystym sumieniem) zaczęłam wierzyć, że się uda. Może się na tym przejadę, ale cóż, teraz nie powinnam się tym przejmować. Najwyżej będzie nowy post.

#Invicta


niedziela, 4 stycznia 2015

#1 Opowiadanie

No więc po wielu namowach ze strony znajomych, postanowiłam udostępnić tu moje ot takie małe opowiadanie, na razie to sam wstęp. Z czasem będę dodawać kolejne części. Nie mam pomysłu na nazwę, więc jest to #(numer części) Opowiadanie, czekam na jakieś sugestie i szczere opinie. Miłego czytania... #Invicta

Kolejny poranek, kolejny dzień, który niczym nie różni się od poprzedniego, czy następnego. Przeciągnął się i wstał z łóżka. Rozejrzał się po pokoju. Ściany beżowe, a na nich rysunki, drzew. Biurko z ciemnego, dębowego drzewa, na którym były różne szkice, rysunki. Podszedł do szafy, dużej, z tego samego drewna co biurko, a nawet łóżko którą wybrał, by pasowała kolorystycznie do pokoju, która pokryta była z jednej strony taflą lustra. Spojrzał w swoje odbicie. Zobaczył siedemnastolatka, wysokiego, szczupłego, przystojnego siedemnastolatka, poprawił się w myślach.      Wiele dziewczyn w szkole starało się mu zaimponować, by zostać jego wybranką na połowinki. No właśnie połowniki, kolejny wymysł. Po co organizować przyjęcie z okazji połowy nauki w liceum, skoro za rok jest studniówka? Nie lubił, gdy wszyscy byli dla siebie sztucznie mili. Poszedł do łazienki, podłoga była ciepła. Zdjął z siebie piżamę i wszedł pod prysznic, nie śpiewał pod prysznicem, jak jego siostra, ale dużo myślał, o swoim życiu, o tym, jak bardzo ma dużo szczęścia.
       Jak już wyszedł z łazienki postanowił, że do szkoły założy ciemnobeżowe spodnie i granatową koszulę. Lubił to połączenie, zwłaszcza, gdy do koszuli zakładał muchę, w której prezentował się wyjątkowo elegancko. Wiedział, że dziewczętom się to podobało, ale nie spotkał jeszcze takiej, która by nie zwracał uwagi na jego wygląd. Ponownie spojrzał na swoje odbicie. Wyglądał dobrze. Ciemne włosy, których w żaden sposób nie dało się ułożyć, grzywka opadająca na czoło. Ciemne oczy, które były obiektem zainteresowań wielu dziewcząt.
     Rozejrzał się po pokoju. Było posprzątane, więc nie musiał nic robić przed wyjściem do szkoły. Nie lubił bałaganu. Wyjrzał przez okno, zobaczył duży ogród pokryty warstwą śniegu. To zawsze jego mam w lato dbała o ogród, by było w nim kolorowo i wesoło. Przypomniał sobie, jak kiedyś z siostrą wychodzili rano z domu i całymi dniami bawili się w ogrodzie, ale to było kiedyś, teraz musi skupić się na nauce, musi się postarać, żeby utrzymać poziom swojej nauki. Bez tego nie zostanie przecież prawnikiem. Wyobrażał sobie swoją przyszłość za dziesięć lat z żoną i dzieckiem, w dużym domu ze wspaniałym ogrodem, takim, jaki jest tutaj. Nie, to nie jest jego przyszłość, bo nigdy nie będzie do końca szczęśliwy.
- Jerome (czyt. dżerom), chodź, bo zaraz jedziemy- siostra weszła do jego pokoju. Dziś wyglądała na zmęczoną, może to ze względu na to, ze jest dopiero w pół do siódmej rano, a może to przez zerwanie z chłopakiem. Dziś miała na sobie Porwane jeansowe spodnie i czarny sweterek i wielkim białym krzyżem na środku. Jerome nigdy nie mógł tego zrozumieć. Czemu akurat ten krzyż, przecież jest mnóstwo innych wzorów, a jego siostra, jak i jej koleżanki miały wiele dodatków z krzyżami, wzór na swetrze, kolczyki, wisiorek, ale nie łańcuszek. Jego siostra była wierząca, a on nie. Jego siostra razem z ojcem co tydzień chodziła na niedzielna mszę, a on zamiast iść do Kościoła, skręcał w prawo i szedł na cmentarz, odwiedzić mamę, po tym, jak zmarła dwa miesiące temu Rodzice wspierali go od zawsze, teraz ma tylko ojca.. Wtedy przestał wierzyć, bo niby czemu Bóg zabrał mu jedyną osobę, z którą mógł normalnie porozmawiać? Dlaczego to spotkało właśnie jego? Z zamyślenia wyrwały go słowa jego siostry.
-Jerome, na co się tak patrzysz? - dziewczyna przechyliła głowę w prawą stronę, tak samo, jak to robiła ich mama. Była do niej podobna, tego samego wzrostu, tak samo zakładała ręce na biodra, miała jej oczy soczyście zielone i długie, jasne włosy, które związywały w kucyk, sięgający talii. Wiedziała, że jest mu ciężko pogodzić się ze stratą matki. Ona nigdy nie miała z nią dobrego kontaktu, za to lepiej dogadywała się z ojcem. - Och, Jerome, musisz się pośpieszyć. - Wyszła z pokoju zostawiając go samego. 
     Zabrał swój plecak i zszedł na dół na śniadanie. Znów to wielkie rozczarowanie, gdy nie zobaczył mamy, która z uśmiechem mówi "Dzień dobry kochanie". Usiadł przy stole. Zrobił sobie kanapkę z żółtym serem, nalał sobie do szklanki sok jabłkowy. Beznamiętnie skończył jeść kanapkę. Wrócił do pokoju, poszedł do łazienki. Patrzył na swoje odbicie w lustrze. Widział twarz zmęczonego chłopaka, który nie radził sobie z tym, co go spotkało. Wrócił na dół. Ubrał się, wyszedł na zewnątrz. Poczuł powiew zimnego wiatru za swoim policzku. Odetchnął głęboko, uwielbiał zimę. Lubił spacerować wieczorem po ogrodzie, ale teraz nie czas na rozmyślanie, teraz czas na to, żeby pomyśleć o przyszłości. Zrobi wszystko, by mama była z niego dumna. Podczas jazdy siostra rozmawiała z jego ojcem, a on siedział, nie słuchał ich. Podjechali pod szkołę Jerome'a. Chłopak wysiadł z samochodu. Znów poczuł przyjemny powiew zimnego powietrza. Przy wejściu do szkoły spotkał swojego przyjaciela Haru. Haru przeprowadził się do Londynu w zeszłym roku, wcześniej mieszkał w Japonii. Jego imię z japońskiego oznacza "wiosna". Był podobnego wzrostu, co Jerome. Miał czarne włosy, nosił grzywkę. Był szarooki, dziś ubrany w szarą koszulkę, czarne spodnie i czarną bluzę.
     Obaj uwielbiali rysować. Razem uczęszczali na warsztaty. Zawsze się nawzajem wspierali, niezależnie od tego, co się działo, to właśnie Haru był jedyna osoba, która rozumie wewnętrzne cierpienie Jerome'a, bo sam stracił rodziców w wypadku, a teraz mieszka z wujostwem. Przez te dwa lata znali się nawzajem wprost idealnie. Pierwsza lekcja - matematyka. To była jedna z niewielu lekcji, gdzie Jerome mógł spokojnie zrobić, to, co musiał. Lubił matematykę. Haru także, byli chyba jedynymi z ich klasy, bo obaj byli w klasie humanistycznej.
    Przerwa, te dziesięć minut na rozmowę z Haru, tak się Jerome'owi wydawało. Gdy wyszli z klasy, podeszły do nich dwie dziewczyny, które były w przeciwległej klasie. Jedna z nich, to była koleżanka jego siostry, z tego, co pamiętał miała na imię Jessica, była niższa od Jerome'a o głowę. Patrzyła na niego spod swoich okularów, których oprawki były granatowe. Jak jej oczy, pomyślał Jerome. Niepewnie się uśmiechnęła. Miała śliczne usta, nieduży nosek, przy którym było kilka piegów, dodających jej urody. Na bladej twarzy pojawiły się dwa nieznaczne rumieńce. Ciemne, kręcone włosy delikatnie opadały na ramiona dziewczyny. Nigdy nie oceniał dziewcząt po wyglądzie, ale musiał przyznać, że Jessica była śliczna. Jej koleżanka zupełnie się różniła od dziewczyny. Była wysoka, dość szczupła, miała ciemne oczy, ciemniejsze niż Jerome i czarne włosy. Ciemnoskóra dziewczyna prezentowała się świetnie w białej koszulce z napisem "Semper invicta", Zawsze niezwyciężona, Jerome, jak i Haru uczyli się łaciny, więc przetłumaczenie tego było banalnie łatwe. Nieznajoma sprawiała wrażenie otwartej, bardziej pewnej siebie niż Jessica. Ona patrzyła z rezerwą, jakby nie była do końca przekonana do pomysłu koleżanki.

-Hej Jerome, Haru. - zaczęła niepewnym głosem Jessica.
-Cześć - odpowiedział Haru z uśmiechem, Jerome miał wrażenie, że przez chwile dostrzegł błysk w oku przyjaciela.
- Hej - Jerome uśmiechnął się, ale w jego oczach było widać smutek.
- To jest moja koleżanka Nicole Thomson, od tygodnia jest w mojej klasie. To są Haru Odayakana (z jap. spokojny) i Jerome Clark, brat mojej przyjaciółki Anastasie, o której ci opowiadałam. - Haru szeroko się uśmiechnął, a Jerome skinął głową. Dziewczyna się uśmiechnęła. - chciałyśmy zapytać, czy Ann będzie dziś w domu, bo od wczoraj nie mogę się do niej dodzwonić.
- Z tego, co mi mówiła, to zamierza przesiedzieć w domu cały dzień. Weekend zresztą też, wczoraj gorzej się czuła, ale myślę, że możecie do niej przyjść.
- Okej, to my już nie przeszkadzamy, będziemy około siedemnastej. Pa.
- Cześć - Haru był widocznie rozczarowany tym, ze dziewczęta tak szybko ich opuściły.
- Wiesz, zdaje mi się, że ta dziewczyna, ta nowa, może być całkiem fajna. - Haru był wyraźnie zainteresowany nową koleżanką.
- Widziałeś napis na jej bluzce? Zawsze niezwyciężona. Skąd ja to znam?- Jerome zaczął się nad tym poważnie zastanawiać, bardzo go to zaintrygowało.
- Historia? Geografia? Tak mi się zdaje, że chodzi o coś na wschodzi. - Haru podjął temat.
- Tak, wschód, Polska. To znaczy stolica. Warszawa. To jest dewiza Warszawy, wiesz, nie została zdobyta i tak dalej. - Jerome lubił historię.
- Polska? Skąd ty to wiesz? - Haru również interesował się historią, ale nie aż tak bardzo.
- Moja mam pochodziła z Polski. Zawsze mówiła, że jej marzeniem było zamieszkanie tu, w Londynie. Skończyła studia prawnicze, przyjechała tu. Poznała ojca, wzięli ślub. Potem urodziliśmy się my. Mama zawsze mówiła, że nie mogła uwierzyć, jak się dowiedziała, że urodzi bliźniaki. - Jerome mówił już jakby sam do siebie, a Haru mu nie przerywał, wiedział, że mama była bardzo ważną osobą w życiu chłopaka.
- Wiesz, może kiedyś ty pojedziesz tam. - zażartował chłopak.
- Pojadę, nie na stałe, ale odwiedzę miejsce, gdzie wychowywała się moja mama. Może spotkam tam jakąś rodzinę. Miała siostrę, ale nie odzywały się do siebie. Mama nie lubiła o niej mówić, a ja zawsze uważałem, że jeszcze będzie czas, żeby zapytać. - zadzwonił dzwonek i wyrwał chłopaka z nostalgii.
- Co teraz mamy? Historię? - Haru starał się zmienić temat.
- Tak, dwie godziny. Później dwie godziny angielskiego, podstawy prawa i zaczynamy weekend. - Myśl o tym, że już niedługo będzie mógł zamknąć się sam w swoim pokoju była kojąca.
- Hej, halo, ziemia do Jerome'a. - chłopak nie zauważył, jak zaczął myśleć o nowym rysunku na ścianę. Smok, tak, taki duży, potężny smok. Chłopak miał już w głowie pomysł.
     Weszli do klasy, gdy tylko zajęli swoje miejsca, Jerome i Haru, jak zawsze w ostatniej ławce przy oknie, Jerome wyciągnął brudnopis i zaczął szkicować smoka, nie mógł się skupić na lekcji, w głowie miał tylko rysunek smoka.
- Panie Clark? Jerome? - ocknął się dopiero, jak Haru uderzył go w bok.
- Tak? - chłopak wyrwany z zamyślenia nie wiedział co się dzieje, co reszta klasy skwitowała śmiechem.
- Zadałam panu pytanie. - profesor Jenkins była wyrozumiała, wiedziała, że odkąd stracił matkę, Jerome często popada w zadumy, jest nieobecny duchowo. - Kogo nazywano Dziewicą Orleańską?
- Joannę d'Arc, pani profesor. - chłopak mimo nieuwagi znał odpowiedź, bo wojna stuletnia była jednym z tematów, którym się interesował.Postanowił więc kontynuować swoją wypowiedź. - Podczas wojny stuletniej poprowadziła wojska francuskie do kilku ważnych zwycięstw. Twierdziła, że doświadczyła widzenia od Boga, gdzie miała wyzwolić naród francuski spod panowania angielskiego. Niekoronowany król Karol VII nie do końca jej wierzył, więc chciał ją poddać próbie. Miała uwolnić Orlean. Zrobiła to po kilku, chyba, dziewięciu dniach. Zyskała powszechny szacunek, a wyjątkowa była, bo w XV wieku kobieta jako dowódca było czymś niespotykanym.
- Bardzo dobrze, ale proszę następnym bardziej uważać. Wróćmy do tematu. - profesor zaczęła mówić, ale Jerome znów szkicował smoka, z wielkimi, czarnymi oczami. Pozostałe lekcje minęły szybko, chłopak nie mógł się doczekać, aż wróci do domu. Pod szkołą już czekał ojciec z Ann. Jerome usiadł z tyłu, zamknął oczy.
     Obudził się, gdy Ann szarpnęła go za ramię.
- C-co się dzieje?
- Usnąłeś, a już jesteśmy w domu. - Ann uśmiechnęła się. - Powinieneś odpocząć. Jesteś zmęczony, widzę to.
- Tak, ale później, teraz będę rysować. Ann- dziewczyna obejrzała się przez ramię - ma do ciebie przyjść Jessica i jej koleżanka, Nicole.
- Tak? O której?
- O piątej.
- Aaa... Pewnie dlatego Jess od wczoraj stara się do mnie dodzwonić, no cóż, czekam, a nie będziesz się dziś widzieć z Haru?
- Z Haru? Nie, a czemu pytasz? - kąciki ust chłopaka nieznacznie się podniosły. - Podoba ci się?
- T-trochę, ale nie mów mu. Nie chcę, żeby wiedział. - policzki dziewczyny spłonęły rumieńcem.
- Wiesz, to mój przyjaciel. - Jerome dobrze wiedział, że jego przyjaciel również jest zainteresowany jego siostrą, uważał, że to tylko kwestia czasu, aż staną się parą. - Mimo wszystko cieszę się, że to on, nie wytrzymałbym kolejnego, napuszonego... - Nie dane mu było skończyć, gdyż Ann popchnęła go i upadł w zaspę, oczywiście pociągnął siostrę za sobą. Zaczęli wojnę, do której dołączył się także Patric Clark, znany i szanowany prawnik. Z twarzą o ostrych rysach. zazwyczaj poważny i z dozą ostrożności. Zawsze w idealnie skrojonym garniturze z dumnie uniesioną głową, sprawiając wrażenie ważnego, teraz rzucał się śnieżkami z dwójka siedemnastolatków, śmiejąc się.
     Gdy już byli zmęczeni i cali mokrzy, weszli do domu. Jerome poczuł wszechogarniające go ciepło, wolał chłód, wolał być na zewnątrz, ale musiał przyznać, że teraz także było miło. Ann zrobiła herbatę i zaniosła do pokoju brata, który po powrocie nie wychodził z niego.  Otworzyła drzwi do pokoju, a na ścianie zobaczyła smoka. Nie był to jakiś smok, tylko najbardziej realistyczny smok, jakiego widziała. Prezentował się dostojnie. Wielki, czarny, świetnie wyglądał, ba beżowej ścianie. Jego łuski, pazury, głowa były idealnie narysowane. I te oczy, oczy jej brata.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Łatwo oceniać, trudniej zrozumieć...

Jest coś, w co ludzie uwielbiają wierzyć, zwłaszcza, kiedy nie znają sytuacji drugiej osoby, a mianowicie, to plotki. Bardzo łatwo jest uwierzyć w to, co ludzie mówią o innych, ale jak trudno jest najzwyczajniej podejść do tej osoby i zapytać.
Jednym z najbardziej znanych stereotypów jest chłopak w rurkach - gej. Przecież, to, ze dba o swój wygląd nie znaczy, że jest gejem, bo równie dobrze homoseksualistą może się okazać Twój najlepszy kumpel, który gardzi rurkami i nie uważa ich za spodnie dla mężczyzn.
Tego nie lubię najbardziej, bo jak można oceniać po wyglądzie?
Jak blondynka, to głupia? Wcale tak nie jest.
Jak chłopak w dresie, znaczy jakiś zły, niedobry, no właśnie nie.
Ubiera się na czarno - emo.
Ma tatuaż - kryminalista.

Żyjemy w XXI wieku, więc chyba moglibyśmy się pozbyć tych stereotypów, prawda? Czemu oceniamy ludzi po wyglądzie? Jakbyśmy sami byli idealni, a przecież nie jesteśmy.

Ostatnio czytałam, że nie można być przecież z kimś, kto nas nie interesuje fizycznie, kto nam nie odpowiada. Może i faktycznie, ale czy to oznacza, że mamy nie spróbować się chociaż z tą osoba zapoznać? Często bywa tak, że po pewnym czasie przyzwyczajamy się do wad tej drugiej osoby. Przestają nam one przeszkadzać, bo ta osoba nie zwraca uwagi na nasze wady, bo każdy człowiek bez wyjątku je posiada, większe czy mniejsze, ale są zawsze.

Przecież nasi znajomi nie muszą mieć identycznych zainteresowań, jak nasze. Możemy przecież oboje lubić historię, bo nas interesuje, ale nie musimy słuchać tego samego rodzaju muzyki. No właśnie muzyka. Kolejne stereotypy:
Słucha rapu - dresiarz, a może ten dres czasem słucha Marka Grechuty?
Słucha metalu - satanista, ale on po wyjściu z Kościoła nie zaczyna obgadywać i osądzać wszystkich wokół.
Słucha reggae - ćpun, nie każde reggae jest o narkotykach, częściej pojawia się motyw szczęścia i miłości.

Jest tego mnóstwo:
Ten chłopak, który zawsze przed lekcjami odrabia prace domowe robi to w szkole, bo w domu nie ma warunków. Ale Ty tego nie wiesz i powiesz, że jest leniem i nic nie robi.

Ta dziewczyna, która ma dużo makijażu na sobie pod nim ma blizny, które stara się ukryć, a Ty i tak powiesz, że jest plastkiem.

Ta, która chodzi w używanych ciuchach, dla Ciebie lamuska, a nie wiesz tego, że jej rodziców prawie nie stać na jedzenie, bo wydaja mnóstwo pieniędzy na lekarstwa dla jej taty, który ma raka.

Ten tak zwany "noł lajf" cały czas z telefonem w ręce, ale czy wiesz, że czeka na telefon ze szpitala o stanie zdrowia jego mamy, która miała wypadek? Nie wiesz, a jak łatwo oceniasz.

Niemiłe wysłuchiwanie tego, co inni o nas mówią, ale po co się tym przejmować? Skoro mówią, to znaczy, że się Tobą interesują, że myślą o Tobie, że czegoś Ci zazdroszczą. Uważają, że jesteś od nich lepszy, że osiągnąłeś coś o czym on czy ona może tylko pomarzyć. Nie przejmuj się tym! Teraz gadają z czystej złośliwości. "Świat pełen nienawiści, fałszywości, zdrady, gdzie jeden kopie dół pod drugim dla samej zasady" - South Blunt System - Samozagłada. Dasz radę, nawet jak wszyscy w Ciebie zwątpili, jak upadłeś, to podnieś się, ale sam, bez niczyjej pomocy, a jak wstaniesz idź przez życie z podniesioną głową, bo wtedy to Ciebie będą podziwiać, nie ich. Ty będziesz się liczyć, nie oni. Ty osiągniesz swój cel, a nie oni.

Od dziś nie /BecauseYes, ale #Invicta, ale dlaczego akurat to, to już później.